Jezuici malborscy i dżuma w latach 1708-1711. Opowieści z krypty część 1

Późnogotycka kaplica św. Anny na Zamku Wysokim w Malborku, budowana w latach 1331-1344, od swego początku była przeznaczona do pełnienia funkcji krypty grobowej dla  najwyższych dostojników Zakonu Niemieckiego. Jej funeralne przeznaczenie nie zmieniło się nigdy, nawet po objęciu jej, w czasach polskiego władania, przez jezuitów, członków Towarzystwa Jezusowego (Societas Iesu), założonego przez Ignacego Loyolę w roku 1534.

Pierwsi jezuici pojawili się w Malborku w roku 1618  i z przerwami przebywali tu do 1780. Owe przerwy spowodowane były wojnami ze Szwecją i trwały w latach: 1626-1636 i następnie od 1656 do 1660. Pobyt jezuitów w Malborku opisuje zachowana (niestety, nie w całości) jezuicka kronika zatytułowana: Dzieje malborskiej rezydencji Towarzystwa Jezusowego. 1647-1744, dostępna w znakomitym przekładzie z łaciny nowożytnej, dokonanym przez  księdza biskupa Juliana Wojtkowskiego z Olsztyna.

Kaplica św. Anny na Zamku Wysokim w Malborku, fot. B. i L. Okońscy
Moja opowieść „z krypty” prezentuje niektóre aspekty postawy zakonników wobec śmierci. Z uwagi na burzliwy czas (wojny), szalejące epidemie i zarazy (choćby dżuma w latach 1708-1711), doświadczenie śmierci towarzyszyło jezuitom nieustannie.
 
Dziś patrzymy na tamte wydarzenia poprzez pryzmat współczesnych doświadczeń pandemii wywołanej przez Covid-19. Obecnie możemy łatwiej zrozumieć postawę ludzi nie mających pojęcia o wirusach i szczepionkach, o roli aseptyki i antyseptyki, o potrzebie higieny, kwarantanny i temu podobnych zachowań.

Realna możliwość pozyskania dla własnych potrzeb kaplicy św. Anny pojawiła się przed jezuitami dopiero w grudniu 1707 r., kiedy superior Franciszek Heintz otrzymał z rąk króla Stanisława Leszczyńskiego odpowiedni przywilej. Został on potwierdzony w styczniu 1708 r. przez początkowo niechętnego jezuitom biskupa chełmińskiego Teodora Potockiego. Odtąd mogli oni sprawować tam codziennie jedną mszę św. (biskup nie chciał naruszać wiodącej roli kościoła parafialnego), nie wolno im było jednakże odprawiać żadnych innych nabożeństw. Uzyskali wprawdzie zgodę na pochówki, ale tylko zakonników i osób duchownych.

Kaplica św. Anny stała się de facto kryptą jezuicką 15 stycznia 1708 roku. Uroczystość została uświetniona obecnością Stanisława Hozjusza, biskupa chełmińskiego Teodora Potockiego, wojewody Tomasza Działyńskiego, Michała Zamoyskiego i superiora Franciszka Heintza. Kronikarz notuje: Kaplicę tę przystroił ławami Najdostojniejszy Wojewoda Chełmiński. Jest w niej pochówek dla Naszych, który kiedyś był Mistrzów Zakonu Niemieckiego, których … jest w tej Kaplicy pochowanych.

W sierpniu 1707 roku na kartach jezuickiej kroniki pojawia się pierwsza wzmianka o potężnej epidemii dżumy, szalejącej na Warmii, Mazurach i w wielu innych prowincjach Rzeczpospolitej w latach 1708-1711. W październiku 1708 r. zaraza zabrała pierwszego jezuitę, Jerzego Kurtza, gorliwego Misjonarza w Koźliczkach i płomiennego w rozwoju publicznego nabożeństwa wobec Przedziwnej Matki Zamkowej. Był to człowiek bez żółci i podstępu, wszędzie zostawiający przykład dobrego postępowania, nie bez bólu Rezydencji i ludu wyrwany z ziemi. Pierwszy ten kamień pochówku naszych rzucony został w Kaplicy Świętej Anny

Kolejnymi ofiarami dżumy (1710) są: ojciec Piotr Ossowski i magister (kleryk jezuicki zatrudniony jako nauczyciel w dolnych klasach szkoły prowadzonej na zamku przez jezuitów) Antoni Wieprzecki. Najpierw Ojciec Ossowski, chociaż gdzie indziej przez zarządzenie skierowany (…) 5 września padł ofiarą miłości. Człowiek prawy, chwalebnej roztropności, jak najbardziej zdatny do chowania ciał biedaków, doskonałej pobożności (…), wreszcie poniósłszy wiele trudów spoczął w Panu i pochowany został w Kaplicy Świętej Anny, koło środka od strony zamku, przy żałobie i płaczu ludu. Przygotował go i opatrzył Sakramentami Wielebny Ojciec Superior

Śmierć zadżumionego ojca spowodowała wybuch obaw i złych przeczuć. Kronikarz notuje, że przez kilka nocy po śmierci Ossowskiego zakonnicy trwali w strachu i trwodze. Będzie to miało nieoczekiwane konsekwencje.

Wróćmy jednak do magistra Wieprzeckiego. Dwa dni po śmierci ojca Ossowskiego pojawiły się u niego symptomy dżumy. Po kilku dniach, zapewne w malignie, miał widzenie jakoby zmarły Piotr Ossowski kiwał na niego palcem, przywołując go do siebie. Wieść o tym obiegła Rezydencję. Wówczas wielu współbraci wyjechało z Malborka, pozostawiając przy magistrze dwóch chłopców posługujących. Po ośmiu dniach, 14 września 1710 r., młodzieniec zmarł. Kronikarz ujmuje ten fakt następująco: Anielskiego Żywota Młodzian szczęśliwie odszedł z życia i pochowany został w kaplicy Świętej Anny, przy ojcu Ossowskim, po stronie zwróconej ku miastu.

I nieco dalej: Ze śmiercią magistra nie zgasły obawy, bo w tej samej chwili, gdy Magister żyć przestał, bez udziału jakiejś ręki, uderzenie z potężnym odgłosem, jakby zwiastun śmierci jego i drugiego, dany przed Ojcem Kaznodzieją siedzącym przy stole z Ojcem Kaznodzieją Niemieckim. Przerażeni Ojcowie gdy chcieli pytać o stan chorego, oto chłopcy posługujący przybiegają, powiadamiając, że Magister zmarł.  

W tym momencie ojcowie jezuici podejrzewają już najgorsze: zły urok i czary. Kronikarz pisze otwarcie: Te okoliczności wzbudziły podejrzenie, czy w ciałach nie jest ukryte zaczarowanie i zupełnie tak znaleziono, bo martwe ciało, otrutego wyglądu i bardzo świeżej krwi oblane rumieńcem. Dlatego zwyczajem przyjętym w dzielnicach północnych głowy ucięto trupom i dźwigacze złożyli w ziemi. Ponadto na nasz wniosek wobec czarowego sposobu grób leżącego blisko Ojca Ossowskiego został otwarty, a jednak tam Oznak czarów nie znaleziono.

Pośmiertna dekapitacja zwłok wynikała z wiekowego przesądu i wiary w istnienie upiorów, strzyg i wampirów. Jak się wydaje, malborscy jezuici w warunkach szalejącej dżumy także ją podzielali. Ogromny lęk przed śmiercią powodował, że zgodnie z praktyką owych czasów, aby rzekomy wampir nie wstał z grobu, choćby wcześniej był zakonnikiem, należało ściąć mu głowę, związać ręce a do ust włożyć fragmenty Biblii. Andrzej Wyrwa, historyk i archeolog dodaje, że na ziemiach polskich obcięte głowy układano między kolanami nieboszczyka, poniżej zasięgu dłoni, by zmarły nie mógł sobie tej głowy założyć, wstać i wyjść z grobu.

Stanisław Flis daje konkretny przykład procederu obcinania głów zmarłym na dżumę we wsi Harsz, leżącej na południe od Węgorzewa. W owej wsi panowała wiara w upiora (tzw. „upierz”), który własne ciało pożerał. Aby temu zapobiec uciekano się do ścinania zmarłym głów i umieszczaniu ich pod pachami. Mimo tego „rzekomo zbawiennego zabobonu” we wsi Harsz dżuma pochłonęła 312 ofiar.

Ludwik Gąsiorowski dorzuca: O podobnych zabobonach i Stryjkowski wspomina, gdzie się przekonać można, iż zwyczaj takowy nie tylko pospolitemu ludowi był znany, ale nawet najdostojniejszym osobom: bo królowa, jak mi się zdaje, małżonka Zygmunta III w czasie moru w Warszawie koniecznie nastawała, aby pewnej osobie zmarłej głowa była ucięta. Zwyczaj ten, jeszcze za panowania Stanisława Augusta nie był zupełnie wykorzeniony. (…) Jeszcze do dziś dnia znajduje się o upiorach i upierzycach wiele powiastek między ludem, mniema on, że im ucinano głowę rydłem, albo też że im zwięzywano wielkie palce u rąk i nóg płatkami z rozdartego ręcznika, którym kapłan w czasie mszy kielich wyciera, aby już więcej powstać nie mogły i t.d..

Post scriptum: Archeolodzy, przekopujący w malborskiej kaplicy św. Anny kryptę ze szczątkami jezuitów w 2015 r., natknęli się w obrębie „grobu nr 1” na szkielet z oddzieloną od niego czaszką, co potwierdzałoby tę praktykę jezuitów. Szkielet zaś mógł być fragmentem szczątków o. Ossowskiego, lub magistra Wieprzeckiego.

 

Autor: Ewa Witkowicz-Pałka

Literatura